Czy po dwóch miesiącach warto zweryfikować postanowienia noworoczne? - Pan Kobus
Kategorie:
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Instagram logo
PANKOBUS
Instagram stories image
Czy po dwóch miesiącach warto zweryfikować postanowienia noworoczne?

Minęły już dwa miesiące od momentu, kiedy wiele z nas z rozpędu „nowego początku” spisało listę celów i obietnic dla siebie. Na początku wszystko zwykle wygląda prosto: jest energia, jest plan, jest wiara, że tym razem się uda. Potem jednak przychodzi codzienność z jej tempem, emocjami, zmęczeniem i sprawami, których nie da się przewidzieć. I nagle postanowienia noworoczne trafiają na test życia, a nie na test charakteru.

To właśnie wtedy najłatwiej wpaść w myślenie: „skoro nie idzie idealnie, to znaczy, że coś ze mną nie tak”. A ja wolę patrzeć na to inaczej bardziej po ludzku, bez karania się w głowie. Zamiast udowadniać sobie siłą woli, warto przyjrzeć się temu, co Cię realnie wspiera, a co podcina skrzydła. Bo motywacja potrafi być kapryśna, ale dobrze ustawiony plan i kilka mądrych decyzji potrafią ją zastąpić wtedy, kiedy zwyczajnie nie ma już siły.

„Nie idzie mi” po dwóch miesiącach: problem nie w Tobie, tylko w systemie

Po dwóch miesiącach wiele kobiet ma w głowie jedno zdanie: „Znowu nie dowiozłam. Jestem nieskuteczna”. I ja to rozumiem, bo kiedy przez chwilę było lepiej, a potem wróciła codzienność, łatwo wziąć to do siebie. Tyle że tu naprawdę nie chodzi o to, że „nie masz silnej woli”. Najczęściej chodzi o to, że cały układ był ustawiony tak, jakbyś miała działać w idealnych warunkach, z idealną energią, bez gorszych dni, bez emocji i bez rzeczy, które po prostu się dzieją.

Na początku roku motywacja potrafi nieść jak fala. Jest ekscytacja, świeży start, poczucie kontroli. A potem życie robi swoje: praca przyspiesza, ktoś w domu choruje, pojawia się napięcie w relacji, zmęczenie wchodzi mocniej niż ambicja. Mózg w takich momentach naturalnie wraca do tego, co znane i bezpieczne nawet jeśli wcale Ci nie służy. Zmiana kosztuje energię, a tej po kilku tygodniach zwykle jest mniej, bo przestajesz jechać na „noworocznym dopingu” i zaczynasz jechać na realnym zasobie sił.

Dlatego postanowienia noworoczne często nie „padają”, tylko odsłaniają prawdę: co jest Twoje, a co było próbą dopasowania się do cudzych oczekiwań, trendów albo presji. Czasem cel jest dobry, tylko forma zbyt ostra. Czasem forma jest okej, tylko środowisko nie wspiera. A czasem i to też jest normalne, cel wcale nie był Twoim celem, tylko pomysłem na to, kim „powinnaś” być.

I wiesz, co jest najzdrowsze na tym etapie? Zamiast dociskać siebie i udowadniać coś siłą, spojrzeć na całość spokojnie: czy to, co planowałaś, miało prawo się utrzymać w Twoim życiu takim, jakie ono jest. Bez perfekcji. Bez oceniania. Z ciekawością i życzliwością do siebie. Bo jeśli coś ma zostać z Tobą na dłużej, to nie wygra dzięki chwilowej mobilizacji, tylko dzięki temu, że będzie pasować do Twojej codzienności, Twoich emocji i Twoich relacji.

Weryfikacja postanowień noworocznych: pytania, które mówią prawdę bez oceniani

Dziś jest ostatni dzień lutego, więc masz za sobą mniej więcej osiem tygodni codzienności. I to jest dokładnie ten moment, w którym widać, co było tylko ładną wizją na papierze, a co naprawdę ma szansę działać w Twoim życiu. Taka weryfikacja postanowień noworocznych nie jest po to, żeby sobie coś wypominać, tylko żeby przestać udawać, że wszystko zależy od „silnej woli”. Często to nie Ty jesteś problemem tylko warunki, tempo i sposób, w jaki próbowałaś to unieść. Dlatego postanowienia noworoczne warto potraktować jak eksperyment motywacji, a nie test wartości.

Przeczytaj także:  Prezent dla chłopaka na święta - 10 inspiracji płynących prosto z serca

Żeby zobaczyć prawdę, wróć myślami do ostatnich tygodni i odpowiedz sobie spokojnie, bez spiny:

  • co działało choć trochę, nawet jeśli nie idealnie,
  • co nie zaskoczyło wcale, mimo dobrych chęci,
  • kiedy najczęściej „odpadałaś” i co było tłem: zmęczenie, emocje, praca, dom, relacja,
  • co wracało jak bumerang: ta sama przeszkoda, ten sam moment zwątpienia, to samo „nie mam już siły”.

To są ważne sygnały, bo pokazują, gdzie nie wystarcza sama motywacja, tylko potrzebujesz czegoś stabilniejszego prostszej formy, lepszego wsparcia albo celu bardziej dopasowanego do Twojego etapu życia.

Czasem w tej analizie wychodzi prosta prawda: cel był po prostu za duży na teraz. Nie dlatego, że „nie umiesz”, tylko dlatego, że masz inne obciążenia, a energia nie jest z gumy. Innym razem okazuje się, że najbardziej przeszkadzała forma: za dużo zasad, za dużo wymagań, za mało miejsca na normalne dni. A czasem odkrywasz coś jeszcze, że to, co sobie postanowiłaś, nie było do końca Twoje. I to też jest w porządku, bo taka weryfikacja potrafi przynieść ulgę, a nie poczucie porażki. Potrafi także podnieść motywację na wyższy level.

Jeśli któreś pytanie zaczyna w głowie „kłuć” i budzi opór, to zwykle właśnie tam jest sedno. Nie po to, żeby się oskarżać, tylko po to, żeby lepiej zrozumieć, co Cię zatrzymuje i czego Ci brakuje, żeby ruszyć dalej w sposób, który naprawdę da się utrzymać.

Najczęstszy sabotaż: „albo 100%, albo nic”

To jeden z najczęstszych mechanizmów, które widzę u kobiet: jeden gorszy dzień i w głowie natychmiast pojawia się narracja „skoro złamałam, to po wszystkim”. Jakby jeden wieczór, jedno potknięcie, jedna przerwa miały unieważnić całą drogę. A prawda jest taka, że rozwój nie działa jak egzamin, tylko jak relacja z samą sobą liczy się powrót, nie perfekcja. I to jest bardzo „dorosłe” podejście: umieć wrócić bez karania się.

Perfekcjonizm często udaje ambicję, ale w praktyce działa jak hamulec. Bo kiedy stawiasz sobie warunek „albo idealnie, albo wcale”, Twój mózg prędzej czy później wybierze „wcale”, bo to mniej boli. Wtedy motywacja przestaje być paliwem, a staje się sędzią, który Cię rozlicza. I w tym miejscu warto zmienić perspektywę: potknięcie nie jest dowodem, że nie umiesz. Jest dowodem, że jesteś człowiekiem i masz życie.

Dlatego zamiast mówić do siebie „zawaliłam”, spróbuj myśleć „przerwałam i wracam”. To subtelna różnica, ale robi ogromną zmianę w głowie. Bo jeśli umiesz wracać, to nawet przy słabszych tygodniach postanowienia noworoczne przestają być czymś, co „albo wychodzi, albo nie”, i stają się procesem, który da się prowadzić w normalnej codzienności. A to właśnie tam buduje się prawdziwa trwałość.

Jak to wpływa na związek: postanowienia często rozbijają się o komunikację

Z perspektywy kogoś, kto pracuje z relacjami, często widzę ten sam schemat: kobieta myśli, że „brakuje jej konsekwencji”, a tak naprawdę próbuje wprowadzać zmianę w środowisku, które jej tego nie ułatwia. Łatwo trzymać rytm, gdy masz przestrzeń i wsparcie. Dużo trudniej, gdy w domu wszystko jest „na już”, a Twój czas traktuje się jak zasób do wykorzystania.

Przeczytaj także:  Jak pogodzić w sobie ból rozstania?

I dlatego postanowienia noworoczne tak często rozbijają się nie o chęci, tylko o komunikację. Najczęstsze sytuacje wyglądają tak:

  • chcesz wrócić do treningów, ale Twoje plany są stale „przesuwane”,
  • chcesz mniej scrollować, ale napięcie w relacji wypycha Cię w telefon,
  • chcesz zadbać o siebie, ale boisz się, że partner uzna to za egoizm.

Wtedy pojawia się paradoks: im bardziej próbujesz „dać radę sama”, tym szybciej siada motywacja, bo ona nie jest stworzona do życia w trybie ciągłego przeciskania się. W takich momentach ważne jest, żeby nie tłumaczyć się z potrzeby, tylko ją normalizować: czas dla siebie to nie fanaberia, tylko higiena psychiczna. Czasem wystarczy jedno spokojne zakomunikowanie, że wracasz do swoich celów i potrzebujesz, by dom uwzględnił to w praktyce, a nie tylko „w teorii”.

Najbardziej niebezpieczne jest milczenie, w którym liczysz, że ktoś się domyśli, a potem rośnie rozżalenie. Wiele konfliktów zaczyna się właśnie od tego drobnego poczucia, że „znowu moje sprawy są na końcu”. A kiedy to trwa, trudno budować zmianę, bo próbujesz ją stawiać na zmęczeniu i frustracji.

Kolejne tygodnie bez presji, ale z rytmem

Jeśli masz poczucie chaosu, to wcale nie potrzebujesz bardziej ambitnego planu. Potrzebujesz prostoty, która daje poczucie wpływu. Najczęściej wygrywa nie ta osoba, która stawia sobie najwyższą poprzeczkę, tylko ta, która ustawia ją na takiej wysokości, żeby dało się ją przeskoczyć także w tygodniu, w którym wszystko idzie nie tak. Bo prawdziwy test nie przychodzi wtedy, gdy masz świetny humor i czas. Przychodzi wtedy, gdy jesteś niewyspana, masz dużo na głowie, a w relacji jest napięcie.

Dlatego w tym momencie warto myśleć o najbliższym miesiącu jak o spokojnym powrocie do rytmu, a nie jak o „naprawianiu siebie”. Mniej celów, mniej zasad, mniej ścigania ideału. Więcej powtarzalności. Więcej decyzji typu: „robię tyle, ile jestem w stanie udźwignąć i wracam, gdy wypadnę”. To podejście bardzo stabilizuje, bo przestajesz zaczynać w kółko od zera i nie karmisz wstydu, który zabija chęć działania szybciej niż brak czasu.

I jeszcze jedno: jeśli na starcie zakładasz, że będzie idealnie, to każdy gorszy dzień wygląda jak porażka. A jeśli z góry uznajesz, że gorsze dni są częścią procesu, przestajesz się ich bać. Wtedy motywacja staje się miłym dodatkiem, a nie jedyną dźwignią, na której opierasz całą zmianę.

Gdy utknęłaś emocjonalnie: „nie mam siły” to też komunikat

Są takie momenty, kiedy „nie robię” nie wynika z lenistwa ani złej organizacji. Wynika z tego, że emocjonalnie jesteś na rezerwie. I to jest ważne, bo jeśli potraktujesz to jak wadę charakteru, to dołożysz sobie jeszcze więcej ciężaru. A jeśli potraktujesz to jak sygnał, możesz w końcu zadbać o źródło problemu, zamiast walczyć z objawami.

Przeczytaj także:  Miłość wymaga refleksji wzniosłych.

Brak siły często idzie w parze z przeciążeniem, smutkiem, lękiem albo napięciem w relacji. Czasem to jest po prostu długie „trzymanie się”, które w końcu puszcza. Czasem to jest zmęczenie psychiczne, które nie mija po jednej spokojnej nocy. A czasem to jest stan, w którym niby „mogłabyś coś zrobić”, ale ciało i głowa mówią: stop, bo już za dużo.

W takich chwilach nie pomaga dociskanie. Pomaga zgoda na to, że teraz potrzebujesz oddechu i prostszego tempa. Jeśli czujesz, że to trwa długo, narasta, a Ty zaczynasz znikać sama dla siebie wtedy naprawdę warto poszukać wsparcia. Nie dlatego, że jest z Tobą coś nie tak, tylko dlatego, że nie musisz wszystkiego dźwigać sama. I czasem jedna dobra rozmowa, w odpowiednim miejscu, potrafi uruchomić więcej niż kolejny plan „od poniedziałku”.

Najważniejsze jest jedno: jeśli w środku czujesz, że utknęłaś, to nie pytaj siebie, czemu jesteś „taka”, tylko czego Ci brakuje. Odpoczynku? Wsparcia? Poczucia sensu? Bezpieczeństwa? Te odpowiedzi są dużo bardziej prawdziwe niż oskarżenia, które podcinały Ci skrzydła do tej pory.

Podsumowanie

Po dwóch miesiącach od startu roku wiele rzeczy wychodzi na jaw: nie tylko to, czy postanowienia noworoczne były realne, ale też jak bardzo zależą od codziennych warunków i jakości komunikacji w domu. Często problemem nie jest brak silnej woli, tylko brak przestrzeni, wsparcia i spokojnych ustaleń w związku, a wtedy nawet najlepsza motywacja szybko siada. Najrozsądniejsze, co możesz teraz zrobić, to przestać się oceniać i zacząć mądrzej dopasowywać cele do życia, jakie naprawdę masz. I jeśli dziś czujesz „nie mam siły”, potraktuj to jak informację, nie jak wyrok, bo czasem największą zmianą jest to, że w końcu zaczynasz działać po swojej stronie, a nie przeciwko sobie.



ps

Odzyskaj wiarę w siebie i pokochaj swoje życie na nowo

Poświęcając się dla innych gubisz to, co najważniejsze – miłość własną. Pokochaj siebie to Twój osobisty przewodnik, który pomoże Ci odnaleźć wiarę we własne możliwości, uwolnić się od strachu i negatywnych przekonań oraz odnaleźć miłość własną, dzięki której spojrzysz na siebie z dumą i akceptacją.

Zyskaj narzędzia i wskazówki, dzięki którym uwolnisz się od ciężarów przeszłości. Odzyskaj wewnętrzny spokój i w końcu rusz z miejsca, realizując swoje cele z wiarą i determinacją.

Loading

Mateusz Kobus – pisarz, autor sześciu bestsellerów i twórca jednego z najpopularniejszych w Polsce blogów o związkach, którego treści w mediach społecznościowych śledzi ponad milion osób. Uczy jak budować świadome i szczęśliwe związki, wspierając szczególnie kobiety uwikłane w toksyczne relacje.

Powróć do artykułów

Książki
sklep. pankobus. pl